Puchar Europy Dzieci w Anglii - Relacja z ostatniego dnia w Anglii

2013-10-21

Świętowaliśmy zwycięstwa w sobotni wieczór na dyskotece, którą zorganizowano dla nas w hotelu, a potem dłuuugo bawiliśmy się sami, bo sensei powiedział, że w TAKI dzień możemy iść później spać. W końcu mistrzostwa Europy są tylko raz w roku i nie zawsze jest tak, że każdy, absolutnie każdy z drużyny ma większy lub mniejszy  powód do radości.

W niedzielę rano dość ciężko było wstać, ale daliśmy radę. Po śniadaniu (znów typowo angielski zestaw niezbyt smacznej jajecznicy, bekon, fasolka, duszone pomidory i ratunkowe płatki śniadaniowe) zapakowaliśmy się do autokaru z naszymi ośmioma wielkimi pucharami i kilkoma kilogramami medali (jakieś 32 sztuki!). Pojechaliśmy do Londynu i po drodze udało się zdrzemnąć. Autobus zatrzymał się w samym sercu Anglii, tuż koło katedry Westminster. Nie wchodziliśmy tym razem do środka, ale starannie przyjrzeliśmy się z zewnątrz. Potem podeszliśmy do Parlamentu, ze słynnym  Big Benem, ogromnym zegarem na wieży. Najlepszy widok na ten symbol Londynu mieliśmy z mostu – Tower Brigde, gdzie zrobiliśmy sobie zdjęcie. Czas umilał nam Szkot grający na kobzie.  Potem poszliśmy do parku, złapaliśmy formę na ławce przy pomocy prowiantu, który dali nam na drogę.  Niewątpliwa atrakcją tego miejsca były stada szarych wiewiórek, które wcale się nas nie bały i biegały sobie obok pod ogromnymi platanami (mało znane w Polsce drzewa o dziwnej, jasnej i gładkiej korze). Parkowymi alejkami doszliśmy do jednego z najważniejszych dla Anglików miejsc, do Pałacu Buckingham. Flaga nie była opuszczona, znak, że królowa jest w domu. Niestety nie mieliśmy czasu, żeby ją odwiedzić. Z ciekawością przystanęliśmy koło bramy, gdzie stali słynni  królewscy gwardziści w czerwonych mundurach i czarnych futrzanych czapach. Wyglądali niesamowicie, zwłaszcza, że byli to dwaj czarni jak smoła Murzyni (tzn.afroanglicy). Przy nas wykonali manewr z musztry, wyglądający jak przestąpienie z nogi na nogę z przytupem i przełożenie karabinu z prawej do lewej ręki. Zrobiliśmy też pamiątkowe zdjęcie pod pomnikiem królowej Wiktorii. I wtedy właśnie rozpoczęła się kolejna turystyczna atrakcja pt typowo angielska pogoda, mianowicie  - deszcz. Schroniliśmy się przed nim w sklepie z pamiątkami i wykorzystaliśmy czas na kupienie różnych drobiazgów, które będą nam przypominały Londyn. Potem wsiedliśmy do autobusu i zaczęła się powrotna droga, znanym już szlakiem – prom, 24 godziny w autobusie i nareszcie – Polska.

Mimo trudów podróży – to była świetna wycieczka, sporo zobaczyliśmy, a jeszcze więcej pokazaliśmy!  Takie wyjazdy sprawiają, że chce się ciężko pracować i trenować, żeby, będąc w klubowej kadrze móc przeżywać takie dni – o których sensei mówi, że same przychodzą,  do tych, którzy uważają, że trening jest najważniejszy!

Powered by RapidGoal
design: holinej.com